Ballada o dzieciństwie

Ja się na ten świat podły nie pchałem.
Mimo woli zaczęło się życie -
Ciemną nocą poczęty zostałem,
Urodziłem się jednak o świcie.

Spokój miałem przez dziewięć miesięcy.
Rok nie wyrok - pojąłem to w mig...
Syto, ciepło, bezpiecznie. Cóż więcej
Może chcieć człowiek nim pozna krzyk?

Dziękuję, wszyscy święci,
że tak splątać dni zechcieliście,
By tata z mamą spotkał się,
pokochał ją i spłodził mnie.

To był niedobry bardzo czas
na czułość, miłość, związek dusz...
Historia wielka gnała nas tam,
skąd powrotu nie ma już.

Kochali się, gdy wzięli ich
i śmierć pisana była im.
Przeżyli, mimo losów złych...
Przeżyli wierni sercom swym.

Jest dokument ważniejszy od wierszy -
W swej metryce mam wpis drukiem tłustym,
Że na wolność wyszedłem raz pierwszy
W tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym.

Winnych długo w pamięci szukałem,
Winnych zsyłkom, rewizjom i łzom...
Urodziłem się. Trwałem. Przetrwałem.
Na Mieszczańskiej stał mój pierwszy dom.

A tam za ścianką z prostych dech
dzielących salon na izb sześć
Samogon gorzki, gorzki śmiech -
gdy pije się, mniej chce się jeść.

Kto mieszkał tam, ten równość zna;
po równo głód, i smród, i płacz.
Trzydzieści osiem rodzin,
a na wszystkie klitki jeden sracz.

Na ścianach, na sufitach grzyb.
Brak prądu. Wyłączyli gaz.
Gazety w oknach zamiast szyb.
Kopiejki odmierzają czas.

Nie schodziła do schronu sąsiadka,
Gdy syrena nad miastem zawyła.
Wojna nie przerażała trzylatka,
Tylko matka się strasznie martwiła.

Każdy dzielił zapałkę na czworo,
Naród cierpiał, cierpiałem i ja -
Bardzo ciężko musiało być, skoro
Na konserwy zabrali mi psa.

Lecz słońce pomagało żyć
wśród grobów rodząc się co dnia...
Więc żył Jewdoki Kiryłlicz
i Kisja Mojisiejewna.

Pytała go: - Synkowie gdzie? -
Na froncie poginęli gdzieś!
Ech, Kisja, ty pokochaj mnie!
Ty synów utraciłaś też!

Ty jesteś sama i ja sam,
więc na gadanie ludzkie pluj.
Pozabijali dzieci nam.
Być może - wróg. Być może - swój.

Wojna dla nas legendą się stała,
Całą wojnę się w wojnę bawiłem.
„Wcześniak” na mnie dzieciarnia wołała,
Chociaż wcale wcześniakiem nie byłem.

Wszędzie wokół czyhali wrogowie,
Kto w niewoli - ten zdrajca i wróg...
Powracali do domów ojcowie,
Chociaż obcy już był domu próg.

A ciocia Zina szlafrok ma
z jedwabiu, boa z ptasich piór,
A Wowa się na ciuchach zna,
a jego tata to nasz wzór:

W Japonii zdobył futer skład.
W Berlinie zdobył salon mód.
Do domu na króciutko wpadł -
z Zachodu jedzie znów na Wschód.

Mój ojciec podarował mi pagony -
słyszę Wowki śmiech,
Bo z wysiedlanych miast i wsi
wojenne łupy brać nie grzech.

Świat widzieli. I za to wypili.
Długo pili i długo trzeźwieli.
Opłakali tych, co nie przeżyli,
Ci, co wszystko zapomnieć musieli.

Ojciec Witki i Gienek kopali
Stację metra - nie liczył nikt strat.
Jest światełko w tunelu, kłamali,
Przebijemy się na lepszy świat.

A Witka nie pracował,
bo zupełnie inny wybrał cel.
I trafił. Szybko trafił
do aresztów, do więziennych cel.

Do muru już przyparty był,
nie sypnął kumpli. Nie ma co!
Sam wybrał drogę. Żył jak żył.
Pod ścianę postawili go...

Ojcowie znali życie, lecz
my wykrzyczeliśmy im w twarz,
Że nasze życie - nasza rzecz!
I nasze winy, Ojcze nasz...

Dziś „ojczyzna” to śmieszne dość słowo,
Gdy dokoła pic i czarne Wołgi...
Oddawaliśmy krew honorowo,
Chociaż każdy iść wolał na czołgi,

Każdy pragnął mieć ranę po kuli
I umierać... Umierać nie żal!
Chłopcy noże z resorów wykuli -
Właśnie tak hartowała się stal.

Gdy przyszło się na meczu tłuc,
już każdy ostry bagnet miał
I nikotynę z czarnych płuc
kwiatową wodą spłukać chciał.

Dorośliśmy za szybko zbyt...
W niewoli Niemców skręcał głód,
Więc handel zagraniczny kwitł -
za suchy chleb żyletek w bród!

Los w noża zaczął z nami grać
i każdy krew na rękach miał.
Romantyk z dziwką poszedł spać.
Bandytą się poeta stał.