Długo zbierałem się do napisania czegoś o Romanie Kołakowskim. Bo wczoraj nie mogłem się jakoś pozbierać. Piszemy… pisaliśmy razem scenariusz spektaklu na jesienną premierę w Capitolu. Roman pisał teksty piosenek. Jeszcze w poniedziałek wieczorem wysłał mi poprawiony jeden z nich. We wtorek rano zadzwoniłem do niego, odebrała Agata i… powiedziała, że Romek nie żyje. 
Pierwszy raz usłyszałem go z winylowej płyty „Przypowieść błękitna”. Pamiętam, to była jakaś III klasa liceum, uciekłem z lekcji do harcówki na randkę. Roman śpiewał z tego winyla, a ja całowałem się z Edytą. Kiedy poznaliśmy się osobiście w 1993 roku na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, opowiedziałem mu tę historię i wracaliśmy do niej po wielokroć, bo Roman twierdził, że to wspaniale nagrać piosenki, przy których ludzie chcą się całować. 
U Ewy i Romana Kołakowskich, w ich mieszkaniu przy ul. Wandy spotykaliśmy się w niemal każdą sobotę. Bywał Wojtek Kościelniak, Robert Gonera, Mariusz Kiljan, Ilias Wrazas i cała jeszcze gromada związana z kulturą, jacyś dziennikarze, piękne aktorki, fotografowie (Robert Pietrzak!). Bywaliśmy i my z Markiem Kocotem, mieszkaliśmy wtedy na Zimowej, studiowaliśmy na Jastrzębiej. Magiczne Krzyki. Ewa mówiła wszystkim nam same komplementy na temat naszej sztuki, dawała wyprowadzić na spacer Urana, potężnego rottweilera, któremu na spacerze trzeba było rzucić ławkę. Wszyscy przynosiliśmy swoje nowe piosenki, śpiewał Roman, Wojtek, Robert, wymyślaliśmy spektakle, koncerty, festiwale. Piliśmy wódkę. Roman z Agnieszką, moją ówczesną żoną, tłumaczyli kolejne frazy Toma Waitsa, a ja od razu sprawdzałem, czy dobrze się je śpiewa. Pamiętam, jak włączył kasetę Tata Kazika i razem z Wojtkiem Kościelniakiem zachwycaliśmy się poezją Staszewskiego. Później to tam, na Wandy, zrodził się pomysł spektaklu „La-la-la-la” z tymi piosenkami, który Wojtek znakomicie wyreżyserował jako Galę PPA. Poczułem się dopuszczony do bohemy tego wspaniałego miasta, Ewie i Romanowi zawdzięczam mój start na PPA i to, że uwierzyłem w siebie, jako artystę tworzącego i śpiewającego piosenki.
Jego teksty śpiewam od 25 lat, jakoś zawsze tak miałem, że tekst Kołakowskiego wchodził mi w głowę piorunem, nawet wymyśliłem sobie taką teorię, że jeśli tekst piosenki jest dobrze napisany, to bardzo szybko uczysz się go na pamięć. Na początku Waits, „Kwiatki z polskiej rabatki”, które zaśpiewaliśmy we dwóch w Opolu, później „Przygody Tomka Sawyera” w Polskim, w końcu „Opera za Trzy Grosze” w Capitolu i jeszcze wiele, wiele więcej. Jeśli są takie piosenki, które śpiewam na scenie od 20 lat to są to piosenki z tekstami Romana. O te „Kwiatki z polskiej rabatki” trochę się kiedyś pokłóciliśmy, bo irytowało mnie, że pisze o jakiś kwiatkach, a nie o tym, co faktycznie wewnętrznie go drze i nie daje spać po nocach. No cóż… pewnie nie chciał zawracać słuchaczom głowy swoimi problemami.
To nie była gładka znajomość, mamy za sobą parę zdarzeń o które pokłóciliśmy się na całe lata. Ostatnio jednak coś nas ponownie do siebie zbliżyło, ponownie spotkaliśmy się w pracy przy koncercie „Imiona wolności”, jesienią zeszłego roku w Hali Stulecia. Zaczęliśmy wspólną pracę nad scenariuszem. Ostatni swój tekst skończył w poniedziałek o 22.38… Przez ostatnie miesiące mieliśmy intensywny kontakt, gadaliśmy, pisaliśmy do siebie. Był w świetnej formie. Opowiadał mi o swoim szczęściu z Agatą, ja opowiadałem mu o swoim. Kilka miesięcy temu urodził im się syn…. Ciężko o tym dzisiaj pisać. Znów na chwilę dotknęła nas tajemnica czasu. Agata… bardzo Wam współczuję.
Dziękuję Ci Romanie, spoczywaj w spokoju.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *